Ultra STOPA czyli TUT – Trójmiejski Ultra Track

16 lutego 2016 Nasze starty  No comments

12697236_1107194299321244_8288651190428366483_o

12.02.2016 rok – Dzień przed wyjazdem na mój pierwszy ultra maraton – Trójmiejski Ultra Track. Poszedłem do liceum, w którym uczy Piotr. Spytałem się jego o taktykę na bieg, opowiedziałem o swojej, a stres już był duży. Niewyobrażalny dystans mnie czekał. 65 kilometrów. Myśli były różne, po co się zapisałem na ten bieg, przecież jeszcze nie jestem odpowiednio przygotowany, jestem po chorobie, cały czas na antybiotykach. Ale trudno, była spontaniczna decyzja, teraz trzeba będzie przebiec. O 22 położyłem się spać, ale zasnąłem dopiero około 24.
12717857_1107981679253832_3414438258939754878_n
12717570_1108076849232989_788217784468863509_n13.02.2016 rok – Dzień biegu. Budzik ustawiony na godzinę 2. Wstałem, oczy na zapałki, ale przygotowanie, toaleta i lecimy. Adam przyjechał po mnie o 2:30, jechaliśmy po jego szwagra, który był naszym kierowcą. Całą podróż rozmawialiśmy, były takie emocje, że nikt z nas nie mógł zasnąć, chociaż spałem tylko dwie godziny. Dojechaliśmy do Gdyni, ulica Tatrzańska, a tu pustki. Nikogo nie ma, a godzina już około 5. Za godzinę ma być start. Adam dzwoni do organizatorów, bo umówiliśmy się z nimi, że przed startem dopiero odbierzemy pakiety. Mówią, że już jadą. Przyjechali, rozłożyli start, wydali pakiety, trzeba się przebierać. Obok nas zaparkował Jacek, zamieniliśmy z nim kilka słów. Potem spotkaliśmy również Piotrka i Olę, a także Anię. Organizator kazał nam przeparkować samochód, więc musieliśmy trochę oddzielić się od grupy. Za kilka minut start, ostatnie posiłki zjedzone, izotoniki wypite i ustawiamy się. Cała STOPA ustawiła się gdzieś z przodu, dołączył do nich Damian, my zostaliśmy z tyłu. Niedoświadczeni, nie chcieliśmy się pchać bliżej. Czołówki na głowach, odliczanie, START i lecimy. Na pierwszych kilometrach towarzyszył mi stres, ale nie dziwię się. Na samym początku było kilka mocniejszych podbiegów, ale głównie trasa prowadziła z górki. Trasa była świetnie oznaczona, jedynie przez nieuwagę można było się zgubić, na drzewach były porozwieszane żółto-czarne taśmy.10455587_1107193425987998_2208682891960138534_n
Jakoś na 7 kilometrze czekał nas dłuższy podbieg pod górkę, nie był bardzo stromy, z Adamem bez większych problemów podbiegliśmy. I od tego momentu trasa bardziej urozmaicona, dużo podbiegów i zbiegów, lecz wydawało się nam, że jest więcej zbiegów niż podbiegów. Na trasie dogoniliśmy Jacka i Olę, którzy wystartowali przed nami. Krótko z nimi porozmawialiśmy, nawet przez pewien czas biegliśmy w czwórkę. Na około 15 kilometrze Jacek z Olą przyspieszyli, a my nadal biegliśmy swoim tempem, konwersowaliśmy także z innymi uczestnikami biegu. Pierwszy punkt odżywczy był między 22, a 23 kilometrem. Na tym punkcie spotkaliśmy Jacka z Olą, którzy już najedzeni i nawodnieni opuszczali punkt, ale udało nam się z nimi trochę podyskutować. Na punkcie spędziliśmy trochę czasu, zjedliśmy banany, ja wsunąłem także ciastka, żel, nie korzystałem z wody, bo przez 22 kilometry led
wie wypiłem z 200 ml izotoniku (co mogło być dużym błędem). Ruszyliśmy dalej. Od tego momentu było tylko ciężej. 12715735_1083389128370323_5459274397108337960_nNajpierw lecieliśmy przez osiedla domków jednorodzinnych. Niektóre domki wyglądały jak z bajki, więc domyśliłem się, że mieszkała tam bogatsza część trójmiasta. Czekała nas spora górka z płyt. 1240168_1658579774393756_6747482670309523299_nWszyscy przed nami podchodzili, za nami też, więc żeby nie przesadzać też ją podeszliśmy. Potem płaski teren, lecimy, biegniemy, wymijamy innych biegaczy. Dobiegliśmy do wiaduktu. Stała tam obsługa i mówiła, że musimy pod nim przejść, wysokość tego wiaduktu około 50 cm, Adam przeszedł go na kolanach, ja, że jestem niższy mogłem go przejść kucając. Biegniemy kilkanaście metrów i znowu podobna sytuacja. Kolejny wiadukt. Przeszliśmy, teraz czekała nas łatwiejsza część trasy. Biegliśmy blisko torów kolejowych, grunt był zamarznięty, więc biegło się dobrze, chociaż było czuć, że ten piasek do twardych nie należy. Trzeba było uważać, bo czekał nas zaraz skręt i znów wbiegamy w las. I trasa jak zwykle, trochę płaskiej, górki i z górki. Od 30 kilometra zacząłem się słabiej czuć (ogólnie poczułem się już słabszy na pierwszym punkcie kontrolnym, złapał mnie tam mocny kaszel, antybiotyki dały się we znaki). Adam zaczął się o mnie martwić, bo mocno zbladłem i kazał mi biec obok niego, bym zaraz nie fiknął. Prawdziwy kryzys dopadł mnie jakoś na 35 kilometrze. Bolał mnie brzuch i nie miałem już siły biec. Ból ogromny, widziałem, że strasznie spowalniam Adama. Powiedziałem, żeby pobiegł sam, bo nie wiem, czy ukończę ten bieg, ponieważ musiałem zatrzymywać się co jakiś czas. Tak bolał mnie brzuch. Adam nie chciał mnie opuścić, ale zapewniłem go, że jeśli mi nie przejdzie, to przy kolejnym punkcie kontrolnym na 41 kilometrze zrezygnuję, by się nie męczyć, bądź całą trasę przejdę, by ukończyć. Na 37 kilometrze Adam poleciał sam. Jeszcze po kilkunastu minutach do mnie zadzwonił, żeby się spytać jak się czuję. Wyszło tak, że na dość łatwym odcinku ultra musiałem iść. Od 35 kilometra do 41 kilometra miałem szybki spacer z posiedzeniem w lesie, ale brzuch nadal mnie bolał. W końcu jakoś doszedłem na punkt odżywczy, w którym trochę posiedziałem. Wypiłem dużo coli, zjadłem kilka bananów, ciastka i poczułem, że wraca mi energia. 12745936_1083388948370341_1772998944326926773_nMożliwe, że przez ten czas się odwodniłem lekko. Poczułem się dużo lepiej i mogłem 12745985_1108391479201526_4092772738638931166_nnawet biec. Między punktami kontrolnymi było teraz 10 kilometrów. Trasa była strasznie urozmaicona, mocne podbiegi i zbiegi, kilka płaskich momentów. Udało mi się wyprzedzić wiele osób, które mnie wyprzedziły wtedy, jak spacerowałem. Do 51 kilometra biegło mi się wręcz znakomicie. Na kolejnym punkcie odżywczym do butelki dolałem sobie coli, także zjadłem kilka bananów, zadzwoniłem do dziewczyny, że żyję, jest ciężko, zostało 14 kilometrów do mety, ale dam radę. Miałem już wybiegać, ale przypomniało mi się, że w plecaku mam batona, którego w chwilę wchłonąłem. I poleciałem. Przez kilka kilometrów prowadziłem czteroosobową grupę (biegłem ja i trzy panie za mną ). Mijaliśmy biegaczy i trzymaliśmy się mocno. Po 5 kilometrach osłabłem i powiedziałem, że muszę trochę przejść. 10254009_1012406542165607_4692839601520556345_nDogoniłem Pana, z którym przeprowadziłem krótką konwersację. Szliśmy około kilometra, ale zdecydowałem się dalej biec. Tutaj czekała mnie ciężka trasa. Dużo górek, które mocno mnie osłabiły. Same podejścia pod nie były bardzo męczące. Złapał mnie kolejny kryzys, nie tak mocny jak poprzedni. Około 57-58 kilometra biegliśmy przez pole. Trasa prosta, bez przewyższeń, ale sił już nie było, więc zafundowałem nogom szybki marsz. Kilka osób mnie wtedy wyprzedziło, ale około 59 kilometra złapał mnie znajomy. Porozmawialiśmy chwilę i powiedział „BIEGNIJ”. Ja mówię, że nie mam sił, on na to: „NIE PODDAWAJ SIĘ, BIEGNIJ”. I pobiegłem. Chyba potrzebowałem takiego kopa, bo już do mety, jak były proste odcinki i lekkie z górki to biegłem. Najgorsza część trasy to było ostatnie 5 kilometrów. Myślałem, że od 60 kilometra będzie luz, ale jednak się myliłem. 1240168_1658579767727090_2041041671811618361_nBardzo wysokie górki, a zaraz po nich także wysokie spady terenu. Nogi już nie były takie świeże, uginały się coraz częściej pod własnym ciężarem. Pod górkę jakoś się podchodziło, ale największym problemem było dla mnie zejście. Nie potrafię rzucić się i zbiec z górki, która przypomina zjeżdżalnię w parku zabaw. Dużo korzeni, gdzieniegdzie drzewa. Schodziłem bardzo asekuracyjnie, na czym traciłem dużo czasu. Ale wolałem zejść bezpiecznie, niż kilka kilometrów przed metą złapać kontuzję, która mogłaby mnie pozbawić całego sezonu. Ale dało radę. Ostatni kilometr był już łagodniejszy, głównie z górki, ale nie obeszło się bez niespodzianki. Minąłem skręt na metę, lecz na szczęście, po kilkudziesięciu metrach ocknąłem się i zobaczyłem, że nie wiszą tu żadne wstążki i zawróciłem. Na szczęście kolejna osoba była za mną aż tak daleko, że nie zdążyła wykorzystać mojego błędu. Na metę wbiegałem z resztką sił, łzami w 12742089_1108095185897822_8854420000722819515_noczach, ale uśmiechem na twarzy. Odebrałem swój najcenniejszy medal w życiu i od razu zadzwoniłem do dziewczyny i rodziców, powiedzieć, że udało mi się przebiec i nie muszą się martwić. Zmieściłem się w 9 godzinach i byłem bardzo zadowolony, że mimo tylu niespodzianek na trasie udało mi się to osiągnąć. Kilka chwil później zobaczyłem wyniki, zobaczyłem także, że wszyscy Stopowicze na mecie się zameldowali i że Adam był około 25 minut przede mną, więc też do niego zadzwoniłem, że może już podejść na m
etę. Zdziwił się, że zażegnałem kryzys i tak szybko dotarłem. Zjedliśmy paszteciki i wypiliśmy barszcz, zrobiliśmy sobie zdjęcia, poszedłem się przebrać i pojechaliśmy do Słupska. W samochodzie prawie od razu zasnęliśmy, byliśmy bardzo wykończeni, ale szczęśliwi.

Paweł Ż

A oto wyniki STOPY w Trójmiejskim Ultra Track:
15. Piotr Borusiński – 6 h 22 min 9 sek
16. Ania Karolak – 6 h 23 min 4 sek (trzecia wśród kobiet)
90. Damian Rodziński – 7 h 36 min 49 sek
116. Ola Borusińska – 7 h 59 min 40 sek (jedenasta wśród kobiet)
117. Jacek Gierlach – 7 h 59 min 40 sek
140. Adam Pluta – 8 h 22 min 19 sek
166. Paweł Żylicz – 8 h 46 min 49 sek

12697236_1107194299321244_8288651190428366483_o

Leave a reply