Ultras, Rzeźnik… co za różnica?

31 maja 2016 Nasze starty  3 comments

bieg-rzeźnika-logo

Gdy dotarło do mnie, że zostałem wylosowany na Bieg Rzeźnika, próbowałem sobie zobrazować, jak należy pokonać taki dystans. Wyszło niezbyt optymistycznie. Trzeba by było iść bez przerwy przez 16 godzin w tempie 5 kilometrów na godzinę, czyli takim, jakim człowiek swobodnie idzie. Nie przekonywało mnie to za bardzo. Nigdy nie spędziłem tak długiego czasu w ruchu i bez przerwy. Pewne było, że bez biegania się nie obejdzie, bo trudności dopełniały góry, których na trasie było całkiem sporo.
We wtorek 24 maja 2016 roku późnym wieczorem wyruszyliśmy ze Słupska na spotkanie przygody, jakiej jeszcze nie przeżyliśmy. Czekały na nas Bieszczady, a konkretnie 80 kilometrowy kawałek trasy biegu, który w Polsce zyskał miano kultowego. Po 10 godzinach jazdy i 950 kilometrach na liczniku zameldowaliśmy się w Zahoczewiu, gdzie mieszkaliśmy u mojego kuzyna Felka. Środa minęła na aklimatyzacji i odpoczynku po podróży. W czwartek od rana czekaliśmy na moment, w którym zaczniemy przygotowywać i pakować rzeczy i odżywki na dwa przepaki, na których będziemy mogli skorzystać z nich w dniu jutrzejszym. Cała ceremonia okazała się nie lada wyzwaniem logistycznym, podczas którego kilka razy przekładaliśmy żele, plastry i inne produkty z jednego miejsca na drugie.

DSC_0233

Okazało się, że jesteśmy zgodni w planowaniu i rozłożyliśmy wszystko mniej więcej tak samo proporcjonalnie. Rzeczy, które miały trafić na przepak w Cisnej schowałem do swojej torby, a rzeczy na przepak w Smereku znalazły się w torbie Arka.
O godzinie 15 pojechaliśmy do Cisnej. Po przekroczeniu tabliczki z nazwą miejscowości dało się wyczuć specyficzną atmosferę. Wszędzie było pełno biegaczy. Dało się ich poznać po koszulkach, butach, buffach założonych w rozmaity sposób oraz po sposobie poruszania. Większość z nich kierowała się w stronę Orlika, na którym znajdowało się biuro zawodów oraz całe miasteczko sportowe. Z trudem znaleźliśmy miejsce, w którym udało nam się zaparkować samochód. Szybkim z podniecenia krokiem ruszyliśmy tam gdzie wszyscy. Już z daleka słychać było muzykę, mikrofon i gwar sporej rzeszy ludzi. Weszliśmy w tłum i poczuliśmy się niezwykle. Wszyscy rozmawiali o bieganiu, o górach, o butach, maściach, robili zdjęcia, kupowali gadżety, których mnóstwo było na stoiskach znanych w świecie biegaczy firm takich jak Garmin, Compressport, Inov8, Buff, Icebug itp. W biurze zawodów bardzo sprawnie odebraliśmy pakiety startowe, w których znajdowały się worki na przepaki. Ku naszemu zdziwieniu, te na drugi przepak były zdecydowanie mniejsze. Obawialiśmy się, czy zmieścimy w nich buty, odzież i wszystko to, czego potrzebowaliśmy na ostatnie 33km trasy. Udało nam się spakować, zostawiliśmy worki w specjalnie wyznaczonej strefie – różniły się one kolorami i poszliśmy pospacerować po miasteczku biegowym.

DSC_0265

W sklepie Rzeźnika kupiliśmy sobie książki, których premiera nastąpiła właśnie w ten weekend, a jej autorzy wpisali nam swoją dedykację, jednocześnie udzielili kilku porad przed jutrzejszym biegiem. Spotkaliśmy i poznaliśmy również Mirka Bienieckiego – organizatora Biegu Rzeźnika, który kilkanaście lat temu powołał go do życia, zakładając się o dwie kraty piwa i 3-litrowego Smirnoffa, że dotrze z Komańczy do Ustrzyk Górnych w jeden dzień.

DSC_0249

Na stoisku HiGeen zaopatrzyliśmy się w żele i maści Harrar i Barrad, które mają bardzo dobre działanie rozgrzewające i chłodzące. Mieliśmy się o tym przekonać nazajutrz. Dziewczyny z Coca Coli częstowały wszystkich czerwonymi puszkami, a Spółdzielnia Mleczarska Ryki pysznym żółtym serem. Było także pasta party, z którego nie omieszkaliśmy skorzystać. O godzinie 18.30, z lekkim poślizgiem rozpoczęła się odprawa przed XIII Biegiem Rzeźnika. Omówione zostały szczegóły nowej, niestety zmienionej trasy. Zespół Wiewiórka na drzewie przygotował specjalnie na tę okazję nową zwrotkę do swojej piosenki pt. Rzeźnik. Po odprawie wróciliśmy do domu, gdzie ok. godziny 22 udało nam się zasnąć.

DSC_0241
Pobudka o 1:30. Szybko się ubraliśmy, w uda, łydki i kolana wtarliśmy maść rozgrzewającą i zeszliśmy do kuchni wypić gorącą herbatę z cytryną i zjeść bułkę z miodem. Punktualnie o 2 wraz z Felkiem i Zdziskiem wyjechaliśmy do Komańczy. Skróty, które poznaliśmy, w połączeniu z ciemną nocą i wieloma zakrętami wiodącymi raz pod górę, a raz z góry, stworzyły nam niezapomnianą wycieczkę i pozwoliły adrenalinie na zwiększenie swojego poziomu. Na miejscu żadnych świateł. Komańcza była skąpana w mroku ale setki świecących czołówek rozjaśniały okolicę.

DSC_0281

O 3:00 wystrzał z dubeltówki dał sygnał do startu. Ponad 1500 osób ruszyło w stronę Bieszczadów. Tłum poruszał się powolnym truchtem. My ruszyliśmy z nimi ale po chwili powiedziałem do Arka, że ja nie biegnę. Wskazówki bardziej doświadczonych biegaczy górskich wyraźnie zabraniały wbiegania pod jakąkolwiek górę. Arek na to, że to żadna góra ale ja nie dałem się namówić. Po około dwóch kilometrach droga zaczęła łagodnie opadać i wtedy my zaczęliśmy biec. Po siedmiu kilometrach skręciliśmy w las i wtedy zrobiło się ciekawie. Droga prowadziła delikatnie pod górę, pojawiło się trochę śliskiego błota, co jakiś czas drogę przecinał górski potok. Sprawność fizyczna pozwoliła nam w takich miejscach wyprzedzać tłoczących się przy przejściach przez te potoki ludzi, pokonywaliśmy je bokiem skacząc z kamienia na kamień i suchą nogą dotarliśmy do Jeziorek Duszatyńskich, nad którymi zaczął budzić się dzień.

DSC_0294

Robiło się jasno, wszystkim dopisywały humory, odcinek był bardzo fajny do tego, by trochę biec, trochę przeskakiwać przeszkody na trasie – zwalone pnie, korzenie. Pierwsze strome podejście wyniosło nas na dwóch kilometrach o 300 metrów wyżej. Wchodząc pod górę zaczęło mi się kręcić w głowie. Czekałem aż przejdzie ale zawroty się nasilały. Pomyślałem, że to spadek cukru i przyjąłem żel. Po kilku minutach wszystko wróciło do normy i szedłem dalej. Góra Chryszczata była pierwszą, na którą wdrapaliśmy się tego dnia. Wchodziliśmy pod nią żwawo, po drodze powoli wyprzedzając innych. W trakcie wchodzenia miałem przemyślenia na temat mojego startu tutaj. Myślałem już wtedy, że nie mam szans na ukończenie tego biegu. Przede mną znaczna część trasy, a ja miałem wątpliwości. Jakoś jednak sobie z nimi poradziłem. Pierwszy punkt kontrolny znajdował się na Przełęczy Żebrak. Był to 17 kilometr trasy i wybiegając z lasu po raz pierwszy usłyszeliśmy tam doping kilku osób. Trwało to moment i znowu byliśmy w lesie i znowu wspinaliśmy się pod górę. Kolejne 15 kilometrów to ciągłe podejścia i zbiegi, cały czas lasem i niewiele oprócz lasu było do podziwiania na tym odcinku, no może zgrabne pośladki co niektórych pań wspinających się przed nami. Odezwała się moja kontuzja i trochę dokuczało mi biodro. Przed samą Cisną musieliśmy pokonać bardzo strome zejście wzdłuż wyciągu, a dodatkowo utrudnione to było przez błoto i sporo osób lądowało tam na czterech literach. Potem już kawałek asfaltu, główna ulica i biegliśmy prosto na Orlik w Cisnej, gdzie znajdował się pierwszy przepak.

DSC_6403

Wtedy poczułem się po raz pierwszy jakbym już finiszował. Niesamowity doping stojących wokół ludzi, brawa, okrzyki… Niestety, to był dopiero koniec pierwszego etapu. W punkcie spędziliśmy jak się później okazało 33 minuty. Nie spieszyliśmy się specjalnie. Zjedliśmy zupę pomidorową z ryżem i bułkę z serem żółtym. Umyłem sobie stopy, na prawą piętę nakleiłem plaster Compeed bo zrobił mi się mały pęcherzyk, zmieniłem koszulkę, skarpetki i odświeżyłem się dzięki wodzie Kropla Beskidu. Uzupełniliśmy izotonik w bukłaku i zawartość plecaków o nowe żele. Oczywiście wypiliśmy na punkcie słuszną ilość Coca Coli. Żelem chłodzącym Barrad nasmarowałem sobie biodro, co w dalszej perspektywie rzeczywiście mi pomogło.

DSC_0299

W dalszą część wędrówki zabraliśmy kije i przy aplauzie dziesiątek kibiców wyruszyliśmy na drugi etap. Po przekroczeniu mostku na Solince skręciliśmy w prawo i wtedy ktoś powiedział do mnie: „Zapnij dobrze kije na nadgarstkach, bo szybko ich nie zdejmiesz.” Niestety miał rację. Przez kolejną godzinę wspinaliśmy się tak stromym podejściem, że wyprostowanie sylwetki nie było możliwe. Błoto, śliskie kamienie i stroma ścieżka. Myślałem o tym, kiedy to się skończy i gdy już widziałem wypłaszczenie okazało się, że to tylko chwila i dalej droga prowadzi pod górę. Na pięciu kilometrach wdrapaliśmy się ponad 540 metrów wyżej, a po chwili w półtora kilometra dorobiliśmy kolejne 80 metrów w górę i zdobyliśmy Duże Jasło.

DSC_0315

Zaczęły się cudowne widoki. Pogoda była piękna i mogliśmy podziwiać panoramę Bieszczadów. Droga dalej była urozmaicona – raz w górę, raz w dół. Zbiegi były tak strome, że prawdą okazały się przeczytane wcześniej słowa „modliłem się o kolejne podejście, żeby móc odpocząć.” Minęliśmy Okrąglik i Fereczatą, po drodze można się było napić nalewki poziomkowej, którą na jakimś szczycie częstowali wolontariusze. Po ostrym i śliskim zbiegu z Fereczatej wylądowaliśmy na „Drodze Mirka”, tam idąc z Moniką i Agnieszką zdjęcia robił nam sam Paweł Czapiewski, kolega dziewczyn. Po niespełna czterech kilometrach zameldowaliśmy się na drugim przepaku u podnóża Paportnej. I znowu spokojnie i bez pośpiechu – zjedliśmy spaghetti, wypiliśmy po małej puszce Lecha Free, uzupełniliśmy napój w bukłakach, a ja dodatkowo zmieniłem spodenki, koszulkę, skarpetki i buty. Na drugą piętę nakleiłem plasterek Compeed.

DSC_0336

Oczywiście ważnym elementem była Cola, która dodaje energii i uzupełnia cukier. Po 44 minutach, zregenerowani i odświeżeni wyruszyliśmy w drogę i w momencie, kiedy przechodziliśmy przez maty pomiaru czasu zaczął padać deszcz. Nie przejmowałem się nim specjalnie, tym bardziej, że doskonale orzeźwiał podczas długiego i męczącego wejścia na Paportną. To było chyba najdłuższe wejście. Na czterech kilometrach weszliśy z 700 m.n.p.m. na 1200 m.n.p.m. Pół kilometra różnicy wysokości pokonane, a do mety jeszcze 30 kilometrów – dopadł mnie drugi kryzys psychiczny i znowu pomyślałem, że nie ukończę tego biegu. Jednak wchodziłem dalej. Miał rację Mirek Bieniecki, kiedy mówił, że Paportna godnie zastąpi Połoninę Caryńską. Zastąpiła i to chyba z nawiązką.

DSC_0343
Deszcz padał przez dwie godziny. Skończył padać o 14:00. Zdążył zmoczyć nam buty i skarpetki. To była jedyna nasza dolegliwość. Mokre buty i skarpetki spowodowały tarcie i zrobiły nam się odciski na podeszwach. Bolały ale nie zwracaliśmy na nie uwagi. Na podejściach Arek wyrywał do góry jak jakiś cyborg, potem czekał na mnie, szliśmy chwilę razem, i znów wyprzedzał ludzi, zostawiając mnie z tyłu. Ścieżki były wąskie, pokryte błotem i ciężko było rozwinąć prędkość lub wyprzedzić idących z przodu ludzi. Wreszcie do mety pozostał półmaraton. Tak sobie to tłumaczyłem chociaż wiedziałem, że to co na asfalcie zajmuje mi około półtora godziny, w górach może oznaczać cztery. Powiedziałem Arkowi, że czuję się samotny, bo cały czas jestem sam, a on gdzieś z przodu. Posłuchał mnie i dalszą część trasy pokonaliśmy już razem. Koło Rabiej Skały weszliśmy na pasmo graniczne i poruszaliśmy się cały czas granicą polsko-słowacką. Turystów w tej partii Bieszczadów było jak na lekarstwo. Minęliśmy Dziurkowiec, Płaszę, Okrąglik i dotarliśmy do Przełęczy Nad Roztokami, skąd do mety pozostało tylko 16 kilometrów. Stojący tam kibice wlali trochę otuchy w nasze serca krzycząc, że teraz już z górki, że uda nam się i że jesteśmy Rzeźnikami. Dolaliśmy wody do bukłaków, a ja postanowiłem zjeść pół bułki z szynką, którą miałem w plecaku. Ciężko mi było przełykać kęsy więc popijałem tę bułkę Coca Colą. Smakowała jak nigdy. Ktoś powiedział, że teraz już koniec ze stromymi podejściami, a ktoś inny, że ostatnie 8 kilometrów to cały czas z górki. Pokrzepieni wyruszyliśmy w dalszą drogę, a tu przez kolejny kilometr droga pięła się dość stromo w górę i weszliśmy na Rypi Wierch, 200 metrów wyżej niż Przełęcz. Rzeczywiście nie będzie stromo – pomyślałem sobie.

13239016_1305807962766942_8743069658781871331_n

Dość długo tasowaliśmy się na trasie z Moniką i Agnieszką i tym razem szliśmy też blisko siebie. Powiedziały, że idą z nami bo mamy dobre tempo i zegarek, a teraz już co kilometr odliczaliśmy dystans do mety. Zegarek Arka rzeczywiście wytrzymał cały bieg i do końca wiedzieliśmy ile jeszcze przed nami. Na tych ostatnich kilometrach droga była dość dobra, momentami doskwierało błoto chociaż w porównaniu do tego, co już przeżyliśmy, było go niewiele. Po 12 godzinach na trasie najbardziej męczyło znużenie. Chciałem być już w domu, a najbardziej chciało mi się spać. Wiedziałem jednak, że spokojnie ukończymy swój bieg, że mamy spory zapas przed limitem czasu i że „medal co tam czeka, co najdroższy na świecie!” Nie mogłem zmusić się już do biegu. W zamian za to utrzymywałem szybkie tempo marszu z kijami, które oscylowało w granicach 6,5 – 7 km/h. Na ostatnich dziesięciu kilometrach to ja dyktowałem tempo. Szło mi się komfortowo i tyko na zbiegach czułem lekki dyskomfort w prawym kolanie. Po kilku kilometrach zostaliśmy sami – nikogo przed nami, nikogo za nami. Gdy zeszliśmy z czerwonego szlaku do mety zostały cztery kilometry. Idziemy łąką, a przed nami spora grupka zawodników. Bardzo szybko ich dogoniliśmy, obejrzeli się do tyłu, a wtedy krzyknąłem: „Tak to my, Rzeźnicy ze Słupska! Mamy Was!” – jednak odzewu nie było. „Widzę, że poczucie humoru kiepskie o tej porze.” – powiedziałem, na co oni zapytali – „Ile do mety?”. Odpowiedzieliśmy i ruszyliśmy do przodu. Kolejne 3 pary wyprzedziliśmy na mostku przed skrętem do mety w Żubraczem. „Jakie macie tempo!” – ironizowali. „Takie samo od 15 kilometrów.” – odpowiedziałem i poszliśmy, zostawiając ich z tyłu. Ostatnie 3 kilometry to szutrowa droga, przechodząca potem w asfaltową. W dobrych humorach parliśmy naprzód szybko maszerując i doganiając kolejnych kilka par. Na kilometr przed metą zobaczyliśmy jak jeden z biegaczy ściąga buta – „Chodź z nami, został kilometr” – mówimy. On na to, że od trzydziestego kilometra idzie ze skręconą nogą. „No to zdążysz się nawet doczołgać, bo masz godzinę czasu.” – mówię mu na to. „Powodzenia” – i poszliśmy dalej. Im bliżej mety, tym szybciej szliśmy, a na koniec gdy już widzieliśmy ją sto metrów przed nami wzięliśmy kije w ręce i zaczęliśmy biec.

DSC_0350

„Brawo Rzeźnicy” – krzyczeli wszyscy dookoła, doping był niesamowity. Jakieś wzruszenie ścisnęło mnie za gardło ale nie było czasu na wzruszenia, dostaliśmy medale, koszulki Finishera i piwo Rzeźnik. Sałatka z kaszy kuskus z jakimiś ziarnami, Coca Cola, gratulacje… Poszliśmy usiąść i zjeść, wypić piwo. Po kilku minutach, gdy wstaliśmy zaczęło boleć. Nie bolały nogi, mięśnie, kolana, bolały nas odciski, które zrobiły się po drodze, a do których zdążyliśmy się przyzwyczaić.

DSC_0344
Wbiegliśmy na metę kiedy zegar wskazywał 15 godzin 4 minuty i 55 sekund. Spędziliśmy razem kawałek życia. Przeżyliśmy wspaniałą przygodę, a przede wszystkim zostaliśmy Rzeźnikami. Dzięki Arek za to, że namówiłeś mnie na start i że zrobiliśmy to razem! Ukończyliśmy XIII Bieg Rzeźnika jako 510 para z 780, które wystartowały. 78 par nie ukończyło zawodów, a 42 pary ukończyły je po limicie czasowym, ostatnia po 17 godzinach i 53 minutach. Na ostatnich 16 kilometrach wyprzedziliśmy 28 par. Jesteśmy mądrzejsi o kolejne doświadczenia i najważniejsze – chcemy znowu razem wystartować w XIV Biegu Rzeźnika!

3 comments to Ultras, Rzeźnik… co za różnica?

Leave a reply